niedziela, 24 września 2017

Szkoła naszym życiem jest

Szkoła naszym życiem jest...





Nie chcę takiej edukacji...



sobota, 23 września 2017

Czyżby czeskie inspiracje dla naszych reform w szkolnictwie wyższym?



Sześć lat temu, bo 19 października 2011 roku odnotowałem sobie dyskusję, jaka miała miejsce w studiu Czeskiego Radia z udziałem dwóch naukowców -Jana Horský'ego, nauczyciela akademickiego na Uniwersytecie Karola w Pradze i Jiří Zlatuška, były rektor Uniwersytetu Masaryka w Brnie a zarazem ówczesnego przewodniczącego Rady Szkolnictwa Wyższego. Obaj profesorowie analizowali projekt reform w szkolnictwie tego kraju, jakie były zapowiedziane na 2013 r. Ustosunkowywał się do ich uwag minister szkolnictwa Czeskiej Republiki - Josef DOBEŠ.

Przeszukując teksty ponownie wróciłem do tej debaty i ze zdumienia przetarłem oczy. Okazuje się bowiem, że prawdopodobnie minister Jarosław Gowin ma w resorcie osoby, które śledzą zmiany w postsocjalistycznych krajach, ale bez wskazania ich rzeczywistych źródeł podpowiadają rozwiązania tak, jakby miały być ich własnymi. Tak więc muszę ostrzec, by ktoś nie oskarżył naszego szefa o plagiat.

To, co zapowiada się od roku naszemu środowisku akademickiemu, u południowych sąsiadów było wprowadzane jako ich reforma. Nic dziwnego. W końcu ministrowie Grupy Wyszehradzkiej czy państw UE spotykają się ze sobą corocznie i podpowiadają rozwiązania, które są skrytą formą globalizacji edukacji. Cytuję: Szkoły wyższe powinny być finansowane nie ze względu na liczbę przyjętych studentów, ale ze względu na jakość kształcenia. ("Školy by měly být podle toho návrhu financovány podle kvality a ne podle počtu studentů"). Tak więc nie mamy do czynienia ze wskaźnikiem Gowina 1:13.

W debacie czeskich uczonych i ministra odnajduję argumenty, którymi dzisiaj posługują się nasi reformatorzy. Tłumaczę fragmenty w tym miejscu z czeskiego na polski:

Już od przyszłego roku jedna piąta budżetu będzie uzależniona od wskaźników jakościowych, jakimi są osiągnięcia w nauce czy zatrudnienie (przydatność na rynku pracy) absolwentów uczelni. Wyższe szkoły publiczne będą zatem zgodnie z tymi normami zawierać z ministerstwem umowy ramowe na okres 3 do 5 lat, w których będzie zawarte zobowiązanie do spełnienia planowanych wskaźników. Na tej podstawie będą przydzielane środki finansowe.

Czy stracą na tym uczeni z dziedzin nauk humanistycznych w stosunku do nauk przyrodniczych?

Minister odpowiedział:

Tak, będą na tym tracić dziedziny, które nie spełniają norm jakościowych a zyskiwać te o wysokich osiągnięciach naukowych. Jeszcze rok temu płaciliśmy na głowę każdego studenta i było nam obojętne, jak przebiega jego formacja. Tym samym, im więcej szkoła pozyskała studentów, tym więcej otrzymywała pieniędzy z budżetu państwa. Był to wskaźnik 100:0 w stosunku do wskaźnika jakości.,

Już poprzednia minister szkolnictwa doktor Kopicová miała odwagę uzgodnienie z uczelniami nowego wskaźnika: 95 procent za studentów, 5 procent za jakość. Wprowadziła tu trzy czynniki jakościowe:

- pierwszy - to nauka i badania.

- drugi - to międzynarodowa mobilność studentów, tzn., że uczelnie potrafią przyciągać zagranicznych studentów.

- trzeci - to rejestr profesorów i docentów.

W pierwszym roku reform wprowadziliśmy korektę w tych wskaźnikach: 90:10, a w 2011 r. uzgodniliśmy wskaźnik 80:20 i dodaliśmy kolejnych 5 zmiennych jakościowych. Wśród nich jest zatrudnienie absolwentów jako niesłychanie ważny czynnik. Jeśli zatem po studiach humanistycznych 100 procent absolwentów znajdzie zatrudnienie, to będzie wspaniale, ale ...

(...) Chcemy iść dalej w tej stymulacji do poziomu minimum 25, a najlepiej 30 procent w stosunku do 70 procent. Wprowadzimy dalsze wskaźniki . Mam tu na uwadze wyniki państwowej matury. Zamierzamy dać więcej pieniędzy tym szkołom wyższy, które przyjmą najlepszych maturzystów. W ten sposób studenci wskażą nam drogę do tych najlepszych uczelni. Tym samym dodatkowe 5 procent damy za najlepszych maturzystów, ale ... zamierzamy zarazem dać środki do niższych struktur szkolnictwa powszechnego. To znaczy, że wzmocnimy finansowo te szkoły średnie, które wychowały tak znakomitych absolwentów. Będziemy dofinansowywać ekstra te szkoły średnie, które wykształciły olimpijczyków, laureatów międzynarodowych konkursów przedmiotowych itp.


Z tej debaty wynikają ciekawe pomysły. Mnie podoba się radykalna zmiana w Państwowej Komisji Akredytacyjnej, której członkami nie powinni być profesorowie czy naukowcy zatrudnieni w uczelniach, które następnie oceniają, gdyż nigdy nie będzie to obiektywne. Zawsze niesie takie rozwiązanie, jak chociażby w Polsce, swoistego rodzaju korupcję, kolesiostwo, ukrytą prywatę niektórych członków komisji, a może i finansową korupcję.

Czesi postanowili powoływać do takiej Komisji specjalnie wykształconych w tym celu urzędników państwowych. Jak mówił minister w tej debacie:

To będą profesjonalni urzędnicy. Na czele będzie dyrektor agentury, a pod nim organ komisji akredytacyjnych, który będzie zatrudniał profesjonalnych urzędników. To oni będą operatywnie przeprowadzać akredytację. (To budou profesionální úředníci. V čele bude ředitel agentury, pod ním bude orgán akreditační komise, který bude mít po ruce profesionální úředníky, kteří budou, budou operativně provádět, provádět akreditaci).

A w III RP nadal w PKA ręka rękę myje... załatwia się oceny wyróżniające jednostkom, które nawet nie są w stanie spełnić wymogów do uzyskania pełnych uprawnień akademickich, przyznaje się status akademii czy powołuje nowe uczelnie prywatne i państwowe dla potrzeb zatrudniania w nich ludzi nowej nomenklatury (partii władzy).

Nie będę państwa zanudzał przekładem tej debaty. Wspomnę jeszcze, że Czesi znacznie wcześniej postanowili zatroszczyć się o zmianę nieefektywnych struktur w zarządzaniu uniwersytetami, redukcję klik, które nie służą nauce, a nawet podjęli zmiany w systemie zatrudniania docentów i profesorów. Postanowiono, że stanowiska te będą na kilka lat przypisane danej osobie do konkretnej uczelni, a zatem nie będą uznawane w innych. Trzeba będzie przejść przez kolejny konkurs na docenta czy profesora w innej uczelni, jeżeli ktoś będzie chciał się w niej zatrudnić.

Zdaniem ministra szkolnictwa w Czechach doszło do dewaluacji tytułu profesora, czego wskaźnikiem jest przyznawanie go przez prezydenta rocznie 140-150 osobom. Przewiduje się obsadzanie funkcji w uczelniach - dziekana, kierownika katedry uczonymi z zagranicy.

Czesi mają za sobą wdrażanie rozwiązań zwiększających poziom konkurencyjności kadrowej i eliminujących czy zmniejszających patologie w szkolnictwie wyższym.

(Źródło: http://www.rozhlas.cz/cro6/stop/_zprava/964594)

piątek, 22 września 2017

Grillowanie wicepremiera J. Gowina czy treści projektu Ustawy 2.0 ?


Kto musiał lub chciał, to wziął udział w Kongresie Nauki w Krakowie, gdzie minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin ogłosił projekt Konstytucji Dla Nauki. Podobno wzięło udział w tym spektaklu ok. 3 tys. przedstawicieli środowiska akademickiego, gospodarki, biznesu oraz organizacji pozarządowych, ale, o ile dobrze sobie przypominam debaty sprzed 2011 r., a więc dotyczące reformy nauki i szkolnictwa wyższego w wydaniu Barbary Kudryckiej, to sposób konsultowania i dyskutowania był zbliżony. Co za różnica, ile było fanfar, obrzędów z tym związanych i wydatkowanych środków z publicznych pieniędzy na kosztowne delegacje?

Jeszcze minister J. Gowin nie wrócił do Warszawy, a już posłowie Prawa i Sprawiedliwości ogłosili ustami bądź co bądź znaczącej postaci, bo przewodniczącego klubu PIS i wicemarszałka Sejmu - prof. Ryszarda Terleckiego - że projekt tzw. Ustawy 2.0 Gowina jest dziwny. "Nie zna jej ani rząd, ani klub PiS. Wątpię, żebyśmy się na nią zgodzili".

W odpowiedzi na to J. Gowin stwierdził: Myślę, że to po prostu zwykłe nieporozumienie komunikacyjne. Ja – jak każdy minister – jestem bardzo zapracowany. Konsultowałem ze środowiskiem akademickim treść tej ustawy przez 1,5 roku i wydawało mi się, że wszyscy wszystko wiedzą.

Chyba jest to naiwność wicepremiera, że wszyscy wszystko wiedzą, gdyż większość środowiska niewiele wiedziała na temat projektowanych zmian, a politycy PIS - mający przecież swoje kanały komunikacji rządowej - wyraźnie dali sygnał, że wicepremier jest tylko koalicjantem, a władza należy do zupełnie innej partii politycznej. To dość mocne upokorzenie ministra i wicepremiera, które przypomina sytuację sprzed jedenastu lat, kiedy grillowano też wicepremiera - Andrzeja Leppera.

Czeka nas zatem nowy front walki politycznej wewnątrz prawicy o to, na czym ma w istocie polegać zmiana w szkolnictwie wyższym. Dochodzą do nas sygnały, że w PIS powstaje poselski projekt ustawy (Czy autorstwa prof. R. Legutko?), który rozmija się z planami i oczekiwaniami środowisk akademickich, jakie zostały upublicznione w trakcie różnego rodzaju debat i konsultacji. Dylemat polega na tym, czy ma być kontynuowana w lekko odnowionej szacie neoliberalna polityka finansowania badań naukowych i utrzymywania wyższego szkolnictwa państwowego, czy może jednak ma nastąpić radykalnie prawoskrętna zmiana podporządkowująca uczelnie władztwu państwowemu z dyrektywnym sterowaniem polityką akademicką dla wciąż niejawnych celów?

Zdaje się, że propozycja dekomunizacji i deliberalizacji jest w Ustawie 2.0 zbyt marginalna. Minister wydał ponad milion zł. na trzy projekty, z których niewiele przenika do przedłożonego w Krakowie w dn. 19-20 września. Wpisanie, rzekomo rewolucyjnych reform do jednej ustawy zostało już czytelnie zakwestionowane także przez prof. Aleksandra Nalaskowskiego - członka Rady Naukowej Kongresu Nauki, a zarazem doradcę Prezydenta Andrzeja Dudy.

Jak napisał: (...) nowa ustawa jest do luftu i jako taka stanowi bubel. O tyle groźny, że mający swym zasięgiem objąć cały duży obszar. Ma więc być pewnym eksperymentem na całości. A to z reguły bywa niebezpieczne. Poza tym wiemy i widzimy jak trudno ze złych ustaw się wycofać, a szkody naprawić. Vide – batalia o system oświatowy.

Z powyższej wypowiedzi wynika - niejako przy okazji - trafna diagnoza także złej ustawy o systemie oświatowym, której szkód nie będzie łatwo naprawić przez wiele, wiele lat. Tych nie oświadczy osobiście minister Anna Zalewska, chyba że inna władza postawi ją przed Trybunałem Stanu.

Tym samym czeka nas dalsze grillowanie wicepremiera J. Gowina oraz "jego" Ustawy. Być może będzie wprowadzona jako projekt poselski, a więc bez konsultacji społecznych, bo te zostały w świetle komunikatów PIS zmarnowane, zupełnie inna wersja akademickich ustaw. Gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, na czym polega polityka grillowania, to odsyłam do Poradni Językowej Obcego Języka Polskiego. Jest tam świetne wyjaśnienie Macieja Malinowskiego dotyczące tego pojęcia i jego zastosowania w bieżącej polityce.

W blogu socjoblogera znajdziecie Państwo jeszcze inny komentarz, słusznie wskazujący na wpisywanie się kolejnej władzy w biurokratyzowanie nauki, które niszczy autonomię dyscyplin. Jak powołuje się ten autor na Mills'a: (...) ich cechuje „zabójcze ograniczenie umysłu”, „brak autentycznego intelektualnego zadziwienia”, są oni „dogmatyczni” i „zubożali humanistycznie”. Żaden z nich nie jest też zdolny do zaprotestowania przeciw „wywłaszczaniu” własnych badań i utracie autonomii dyscypliny. U nich wszystkich próżno zatem szukać „żywej ciekawości” która skłaniałaby ich do poszukiwania prawdy, do przekształcenia samych siebie i poświęcenia się tylko nauce.

I chyba w takim języku, w jakim Mills snuł swoje refleksje (i jaki jedynie przystoi naukowcom) należałoby dyskutować o skutkach jakiejkolwiek reformy, a więc i tej, która nadciąga. Natomiast wskaźnikiem, że dobrze zaczyna się dziać w nauce i że wreszcie uprawiają ją odpowiednie osoby, mógłby być fakt opisany kiedyś bodajże przez Mertona: „gdy pogrążonego w lekturze uczonego oderwało od tekstu pukanie do drzwi, otworzył je, udusił przybysza i wrócił do biurka”.